poniedziałek, 14 stycznia 2013

O Montrèalu slow kilka(nascie)



Jak sie pewnie wiekszosc orientuje, pierwsze kroki na Kanadyjskiej ziemi postawilam w Montrealu, we francuskojezycznej czesci kraju o urokliwej nazwie Quebec. Moze to i lepiej, bo jakos bardziej Europejsko sie czulam, i mimo, ze ichniejszy akcent diametralnie sie rozni od Belgijskiego-francuskiego, to jakos dalo sie przezyc.
Koszmarnego lotu i perypetii z nim zwiazanych nie bede opisywac, za duzo zaplacilam psychoanalitykowi coby zapomniec, zeby teraz to wspominac. Brrr... Ci co mnie znaja, wiedza jak absurdalne zdarzenia i przesrana karme sciagam na siebie niczym radziecki piorunochron, wiec moga sobie wyobrazic. Tyle ze razy dwa. Generalnie, szczesliwa bylam jak fretka kiedy w koncu wydostalam sie z lotniska. I nie wiem do dzis co mnie ucieszylo bardziej – bycie z B. po miesiacach rozlaki, pieronski upal, mila odmiana po Belgijskiej pizgawicy, czy butla Coli Zero, ktora mnie obdarowal (B., nie pieronski upal) – manna z nieba po katorzniczej przeprawie przez emigracje na lotnisku. Brrr...

Long story short, spedzilam bardzo mile dwa miesiace wakacji, zakonczone wyrywaniem zeba madrosci, ale to material na dluzsza opowiesc...

Okej, Montreal. Na pierwszy rzut oka – super, pieknie, malowniczo, wiktoriansko i co badz. Na drugi rzut oka – ale gdzie reszta? To tyle? Eeej, za malo! Na trzeci – czy ktos tu kiedykolwiek sprzata chodniki? Czemu ludzie nie myja okien? Czyli maruda sie przyzwyczail i zaczal narzekac ;).
No, ale nie o narzekaniu tu ma byc (przynajmniej na razie), i skupie sie na tym pierwszym rzucie oka.
No wiec od poczatku. W Montrealu jest gora. Nie tam jakis pagorek zastawiony budynkami. Prawdziwa jebutna gora, o jakze oryginalnej nazwie Mont Royal. Tlumaczyc nie trzeba. Co to za gora? Jako ze ja teraz sie petrografia zajmuje, to sobie te gore organoleptycznie pomacalam i pooogladalam; w pieknych okolicznosciach przyrody, ciagnac do domu zawianego B. i jego kumpla z pracy, ktory bedac bardzo sympatycznym jednostkiem, po pijaku filozofuje, i jest nie do zniesienia. No i po jego filozofowaniu o tym skad sie ta gora wziela, pomacawszy i poogladawszy po ciemku wyszlo, ze to skaly osadowe pomieszane z wulkanicznymi. Czyli intruzja magmy. Czyli cos kiedys w cos innego ostro jeblo i sie wypietrzylo. 

Ale wystarczy o geologii terenu chyba. Wiec ta gora tkwi sobie w srodku miasta, czyniac komunikacje miejska wysoce posrana, bo metra pod tym kolosem nie wybudowali, przez srodek, po wierzchu, jezdi jeden, slownie jeden autobus, a wszystko inne zasuwa dookola. Gore porasta polowicznie park. Wielki, malowniczy park pelen klonow, szopow i wiewiorek. Szarych, to istotne – bo w Toronto wiekszosc czarnych. 

A to taka szaro-bura wiewiorka. Kity maja mizerne, ogolnie wygladaja strasznie szczurowato, nie to co nasze rudzielce!


Park zawiera w sobie Lac Castors, czyli Jezioro Bobrow, co mi sie nie wydaje, bo jedyne co tam widzialam, to szopy. I to w smietniku, a nie w jeziorze. Mniejsza z bobrami, jezioro jest teraz jedna wielka dziura w ziemi, poniewaz miasto uznalo, ze skoro wszedzie kopia i przebudowuja, to i tak trzeba. Wiec buduja jezioro. Smialam sie jak mi mowili, ze w Kanadzie sa cztery pory roku – Prawie Zima, Zima, Ledwo co nie Zima i Roboty Drogowe. Smiac sie przestalam, bo to swieta prawda, i raczej chce sie plakac kiedy ni z tego ni z owego dowiadujesz sie rano, ze rozkopali ci cala droge dojazdowa i za Chiny ludowe nie wiesz, jak teraz dojechac na uniwersytet (po zapamietaniu jednej drogi z mozliwych). No ale coz zrobic. Ale ja nie o tym mialam... wiec na razie zamiast jeziora, mamy buldozery, co troche rujnuje klimat. Ale mimo to mozna tam przyjemnie spedzic czas, napic sie kawy, zrobic piknik, poganiac z psami, czy w przypadku obecnosci jeziora, zima pojezdzic na lyzwach. Jako ze to park wysokogorski, a Kanada na brak sniegu nie narzeka, jest to tez teren od wiekow niemal oblegany przez saneczkarzy.

Print
Winter scene on Mount Royal, Montreal, QC, about 1910
Anonyme - Anonymous
About 1910, 20th century


Photograph
Winter scene, Mount Royal, Montreal, QC, about 1920
H Sutcliffe
About 1920, 20th century.
 Powyzsze zdjecia nie sa naturalnie mojego autorstwa, pochodza ze zbiorw Muzeum McCord'a, tego tutaj: Musèe McCord, jak kto lubi, mozna sobie przejrzec; naprawde maja ciekawe wystawy, i dosc oryginalne pomysly na nie.

W parku tym sa rowniez punkty widokowe, z ktorych mozna podziwiac panorame miasta. Bardzo to urokliwe, szczegolnie ciemna noca. Warte nawet traumatycznej wspinaczki po milionie nieoswietlonych schodow. Bylam tam n razy, ale jakos nie przyszlo mi do tego pustego lba zrobic zdjecia. Zrzucam wine na zachwyty widokiem, a nie poczotki starczego spierdafonienia. Coz, bez zdjecia wiec, ale jak zrobie wreszcie, to obiecuje zamiescic.

Ale wracajac do tematu.

Druga polowe gory zajmuje najwiekszy cmentarz Ameryki Polnocnej, a w zasadzie  2 cmentarze polaczone w jeden - Cimetière Côte-des-Neiges i Cimetière Mont-Royal. Bardzo to stare cmentarzysko (jak na kanadyjskie mozliwosci) i doszukac sie tam mozna nawet pochowkow ofiar Titanica. Mieszanka narodowosci tam pochowanych jest niesamowita – Polacy, kolo Niemcow, Rumuni, Francuzi i cholera wie co jeszcze. Milo tam sie spaceruje.

A taki to domeczek stoi sobie na cmentarzu. Ot tak, bo czemu nie.

Po co ja o tej gorze? Ano, bo B. mieszka sobie przez plot i ulice z tymze cmentarzem, a Mont Royal ogladalam sobie codziennie, a teraz co weekend niemalze. Przyzwyczailam sie do tego cholerstwa, a o dziwo nie mam ani jednego zdjecia. Jak zrobie to pokaze.
Za gorami, za lasami (doslownie!) kryje sie reszta miasta, a dokladniej jego najpiekniejsza czesc – Downtown, Old Port, Plateu, Vieux de Montrèal, Miles End i The Village. Moje ulubione i obfotografowane miejsca postaram sie w miare regularnie opisywac...

Ale na razie slow kilka o drugiej stronie tej malowniczej formacji geologicznej. Po drugiej stronie sa Tam Tamy. 

Jeden z bebniacych - jak dla mnie to koles wyglada wypisz wymaluj jak Mick Jagger za lepszych lat...

Tam Tamy to taka lokalna swiecka tradycja, ze co niedziele, przez cale lato, w jednym miejscu gromadza sie jednostki plcji obojga, grajace na wszelkiego rodzaju bebnach, bebenkach, tamburynach, doundoumbach czy innych djembe. A takze kontenerach na smieci, marakasach i jednej gitarze basowej, bez wzmacniacza ani glosnika, co tracilo bezsensem, ale w tej mieszance wariatow nie odstawalo za bardzo od, pardoj maj frencz, normy.

Tak to mniej wiecej wyglada...

Jako ze lata tu upalne, a miejsce przeznaczone do grania (betonowa niecka - kwestia akustyki?) znajduje sie w pelnym sloncu, a bebniarze wala w te swoje instrumenty kilka godzin-non stop, pot leje sie strumieniami, podobnie jak piwo, i ogolnie jest bardzo wesolo i klimatycznie. 


Co jakis czas przerywaja na chwile, dowolnie wybrana osoba wchodzi na solo, pan grajacy na wielkim kotle podlapuje rytm, i po chwili wszyscy dolaczaja sie do tego jam session.



 Oprocz grajkow, i otaczajacych ich ekstremalnie wyluzowanych tancerzy, wianuszka gapiow i fotografow, caly teren parku (fragmentu tego duzego parku. Park w parku, taka Incepcja urbanistyczna) zajety jest przez wylagujacych sie na kocykach tubylcow i turystow pospolu, sluchajacych muzyki i cieszacych sie sloncem. 

Absolutnie niezbedny retro-dziadek.

Oczywiscie, jako ze zbiegowisko ludzkie sprzyja biznesowi, wsrod tego calego zgielku porozsiewane sa stragany z etnicznymi pierdolami. Mozna wiec sobie tam zakupic hinduskie sari, afrykanska bizuterie, rdzennie amerykanskie lapacze snow, wyroby z wszelakich surowcow naturalnych i wtornych (serio, portfele i torebki z kartonow po soku!), i wszystko inne co kolorowe, blyszczace i brzeczace podczas potrzasania. 

Pelen przekroj stylow i zwyczajow...

Jak widac powyzej, mozna tam napotkac rozne interesujace osobowosci, co nie zmienia faktu, ze jest tam bardzo przyjemnie. A co do "osobowosci", czy raczej "osobliwosci", pod druga scena, na ktorej jakis dizej puszczal transowy house, gial sie w epileptycznych tanach czlowiek ubrany od stop do glow w czarny, polyskliwy, lateksowy kombinezon. Z dziura na nos. W pelnym sloncu, upal 30°C. No tak... Nie zrobilam zdjecia z tego calego szoku srodowiskowego...

Po opuszczeniu Tam Tamow i udaniu sie dajej w las, czyli zadrzewiona czesc parku, ale o tym pozniej....

piątek, 30 listopada 2012

So it has come to this....




A to taki sobie widoczek, z portu. Calkiem niedaleko teraz mieszkam.
No tak, myslalam, ze do tego nigdy nie dojdzie, a tu prosze, Aleksandra zaklada bloga. Po kiego? A po tego, ze jak wszyscy wiedza, jestem chronicznie niezdolna do pisania maili. Tak wiec, coby kto chcial wiedziec jak mi na tej obczyznie sie wiedzie, moze sobie poczytac.
Troche mi dojrzenie do tej decyzji zajelo czasu, ale lepiej pozno niz wcale, a poza tym po Polsku musze cos pisac zanim wpizdu zapomne, i bede jak ci "emygranci" "chodzic na czikeny do kejefsi". Tylko ze sojowe.
Postaram sie tu poopisywac ci mnie do tej pory spotkalo/urzeklo/zadziwilo itepe. Co jakis czas tez jakies fotki sie pojawia; bo tak opowiadac bez obrazkow, to troche z dupy.

A tu prosze tak lokalniepatriotycznie: flaga prowincji Quebec i Kanady jako takiej. Bardzo wrazliwy jest ten Quebec na swoja indywidualnosc. Jak sie odseparuja, to New Brunswick ma przesrane...